Autor Wątek: Batman  (Przeczytany 640100 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Maragast

  • Nosiciel Wody
  • *
  • Wiadomości: 61
Odp: Batman
« Odpowiedź #4620 dnia: Listopad 22, 2017, 03:20:56 pm »
Myślę, że lepiej nie pomijać Resurrection of Ra's al Ghul bo komiks ten rozwija wątek Damiana i ligi zabójców.

Faktycznie zapomniałem o "Time and the Batman", moje gapowe.

Wiem, że "Battle for the Cowl" nie jest Morrisona ale tak bardzo łączy się z całością jego Runu, że trudno byłoby go pominąć.

Wiem także, że "Heart of Hush" i "Streets of Gotham" nie są Morrisona ale chronologicznie ich akcja dzieje się w tym czasie co jego run, a ponieważ oba tytuły są świetne to myślę, że warto je czytać w trakcie.

Offline Prometeusz

  • Nosiciel Wody
  • *
  • Wiadomości: 75
Odp: Batman
« Odpowiedź #4621 dnia: Listopad 26, 2017, 12:06:57 pm »
"All Star Batman & Robin, The Boy Wonder", to kolejny pokaz smutnego "upadku" Millera. All Star i DKSA to prequel i sequel "The Dark Knight Returns", a jednak charakter Batmana w tych historiach nie ma nic wspólnego z Brucem z "Powrotu...". Batman w TDKR był radykalniejszy, zmęczony, ale nadal było widać że jest to ten superbohater który ma już mocno ustanowione metody i wizerunek w popkulturze, tyle że po wielu przejściach. Czytając All-Star i DKSA ma się wrażenie że tych nie pisał sam Miller, tylko ktoś kto próbuje go nieudolnie naśladować. Jak to interpretować? Mroczny Rycerz w Millerverse był radykalnym socjopatą, później w wieku starczym zmądrzał i bardziej przypominał klasycznego Batmana, a w "Strikes Again" znów mu odbiło? Nie czytałem jeszcze "Master Race", ciekaw jestem jak tam Bruce Wayne jest pisany. W każdym razie wizerunek Nietoperza w ramach tego uniwersum kompletnie mi się nie klei.

Jako fan Batmana chętnie bym po krytykował zachowanie Bruce'a, ale chyba sprawiedliwsze będzie przyjęcie konwencji historii. Ten Batman jest inny. Jak sam Robin stwierdził "udaje Clinta Eastwooda". Ja w nim widzę Wolverine'a. Czy nikt z Was czytając poczynania tego Batmana, nie czekał aż w końcu powie "Jestem najlepszy w tym co robię"?. "Kocham być cholernym Batmanem", to nie Batman, to przecież Weapon X urwał się z uniwersum Marvela i wkradł do komiksu Millera. Patrząc wstecz i przypominając sobie popularną historię Millera o Wolverinie, to lepiej opisał jego jestestwo w swoim Batmanie...

Millerowi bardzo zależy, by w jego historii nikogo nie polubić. Zwłaszcza głównego bohatera, jednak dzielnie wtórują mu inni przebierańcy. O dziwo Miller darował sobie w tym komiksie robienie z Supermana czarnego charakteru. Jest delikatnie nakreślone, że to ten Millerowski Superman, marionetka rządu, ale o dziwo wypada na osobę w miarę trzeźwo myślącą. Za to z przyjemnością wyrzuciłbym charakter Wonder Woman, choć rola jej była epizodyczna, to niesamowicie pogardliwa dla oryginału. Główną motywacją niechęci Ligi Sprawiedliwości do Batmana są jego metody i podejście do krucjaty, ale czytając dialogi Księżniczki Diany, ciężko nie odnieść wrażenia że wcale nie jest lepsza od niego. Właściwie to nawet gorsza - nomen omen Batman w tej historii nikogo nie zabił, a Wonder Woman natomiast jest bardzo chętna odrąbać mu głowę. I Ona wyraża się z pogardą o "świecie mężczyzn"? Proponowane przez nią metody i bezpodstawna pogarda do współpracowników z JL, którzy przecież tak jak Ona starają się naprostować świat, są irracjonalne.

Swój epizod w historii ma także Black Canary, który nie wnosi do niej absolutnie nic. Nie dowiadujemy się co kieruje Kanarkiem, jaką ma osobowość, dlaczego właściwie pracuje w tym a nie innym miejscu. Nie ma w tej historii kompletnie żadnej roli, poza ekspozycją jej frustracji. By później skrzyżować swoje drogi z Batmanem, oddać się z nim chwili namiętności i... zniknąć z historii, nadal nie wnosząc do niej kompletnie niczego. Zupełnie jakby Miller po prostu chciał mieć w swoim komiksie Black Canary, nie ważne jak, nie ważne gdzie, byleby mogła zaprezentować swoje wdzięki i umiejętności bitewne. Jedynym bohaterem którego w jakiś sposób można polubić (Green Lantern daje się poznać jako człowiek rozsądny pośród idiotów - jednak jego rola w historii jest epizodyczna) jest Robin. Ale nawet do niego nie byłem w stanie podejść z sympatią, pamiętając że za +/- 30 lat skończy tak, jak skończy (wyjaśnienie w komiksie "Dark Knight Strikes Again").

Przy lekturze kilka razy mogłem parsknąć śmiechem. Można powiedzieć, że to komiks komediowy, bo śmiechu tu co niemiara. W przypadku DKSA mimo lichego wykonania dostrzegłem wiele dobrych pomysłów. Tutaj nawet ich nie dostaniemy. Wstęp redaktora DC Comics, który zapowiada ujmującą, fantastyczną historię która zasługuje na wyszczególnienie powinien być napisany ironicznie. Męczy mnie jednak ciekawość. Skoro Batman tak traktował Dicka Graysona, to jakim był mentorem dla Jasona Todda, który jak wiemy z TDKR - w Millerverse egzystował.

Offline winckler

  • Kawaler Bractwa Św. Jerzego
  • ****
  • Wiadomości: 437
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Batman
« Odpowiedź #4622 dnia: Grudzień 11, 2017, 12:21:45 pm »
(...) Zastanawiam się jeszcze nad tym knightfallem. Ikoną ten komiks jest ale czy przetrwał próbę czasu? No nie wiem :smile:  Nostalgia will eventually win, I think but we shall see...



Po lekturze "Knightfall Omnibus, vol. 2: Knightquest".
Tyle wrażeń...
Chciałbym jednak skupić się nie na tych z sentymentu wyrastających, ale na tych, które pozwalają ocenić historią z perspektywy lat. Bo w odróżnieniu od samego "Upadku Rycerza", który dostaliśmy w polskich wydaniach w miarę kompletny, tutaj ominięcia były już spore. W przypadku pierwszej odsłony trylogii w polskich zeszytach także nie zabrakło cięć, ale tam wypadły pojedyncze zeszyty i to przede wszystkim (jeśli chodzi o wydanie omnibusowe) z partii wstępnej, opowiadającej o kryzysie, który dopada Bruce'a, zanim jeszcze do miasta zawita Bane. W przypadku "Misji Rycerza" sprawa ma się już nieco inaczej i spora część zeszytów opowiadających o krucjacie Jeana Paula nie zaistniała wtedy w lekturze, co zmieniło kompletnie (teraz to wiem) jej dynamikę. (Nie sięgnąłem, choć kusiło, na przestrzeni ostatnich lat po obecne w obiegu dotychczasowe wydania zbiorcze i to była pierwsza lektura historii "niewydanych w Polsce"). "Poszukiwanie" to osiem zeszytów i tu dostaliśmy w latach dziewięćdziesiątych komplet, "Krucjata" jednak to blisko trzydzieści zeszytów, a my przeczytaliśmy z nich też osiem i to - co też nie bez znaczenia, głównie tych pisanych przez Alana Granta i (świetnie) rysowanych przez Vincenta Giarrano historii z pobocznej decyzją architektów pomysłu serii "Shadow of the Bat".
Innymi słowy - przeczytałem w tych dniach zupełnie inną od tej znanej historię. Nie był to pod żadnym względem czas stracony.
Dla jasności zaznaczę, że czytany tak na nowo Knightquest razi tym, czym od zawsze raził Knightfall: łopatologicznością narracji, powierzchownością introspekcji, powtarzalnością (no ileż razy on może ulepszać ten kostium i przeżywać te same wizje?!?), lukami fabularnymi (dlaczego też Tim Drake nie uratował Grahama Etchisona?) czy skrótowością (przepracowanie konsekwencji "Poszukiwań" na jednej planszy). A jednak przy tym wszystkim (a może też dzięki temu?) na przestrzeni wszystkich zeszytów zbudowana zostaje wokół nowego Batmana specyficzna aura, która pozwala przymknąć oko na powyższe niedostatki i cieszyć się wyjątkową, naprawdę inną wersją Mrocznego Rycerza. Choć bowiem zadaniem historii (jak przyznają po latach wspominający pracę nad nią jej twórcy - Moench, Dixon i inni...) było przekonać czytelników, że łamiący zasady Batman nie jest tym, czego chcą, droga, którą przechodzi Jean Paul, pozwala identyfikować się z jego perspektywą na świat ukształtowany przez Bruce'a, czyni go kolejnym Robinem, tyle że bez mentora obok i tym samym z zupełnie innymi szansami na starcie, bohaterem przez to pod wieloma względami sympatycznym. Nowy Batman musi żyć w cieniu starego, bo tego chcą redaktorzy, jednak jakby wbrew temu, czego chcą,  promieniuje też wokół specyficzną energią, która przyciąga i intryguje. To ten efekt, myślę, próbował też z niezłym skutkiem osiągnąć Slott w serii "Superior Spider-Man", efekt, który, chwilami żal, musi w korporacyjnym świecie zmierzać zbyt szybko do koniunkturalnego odwrócenia (też zresztą ekspresowo przeprowadzonego w Robinie #7).
Nowy Batman nie tylko jest brutalniejszy, jest też zmysłowy, w sposób, w który Batman-Bruce głównego nurtu raczej nie bywał. Widać to świetnie w znanej w Polsce historii z Catwoman albo w fenomenalnej pod wieloma względami "filmowej trylogii" z Jokerem. Ta ostatnia zresztą pozwala się cudownie czytać metaforycznie, nawiązując (widać to już na pięknych okładkach Jonesa) do konwencji fabuł rynsztokowych, w obrębie których odnaleźć się musi na jednym poziomie nowy Batman, na drugim czytelnik w szponach prowadzących go przez wesołe miasteczko znanych skądinąd przygód redaktorów. Na tym dopiero buduje się kilkuczęściowa historia z Abattoirem , której w polskim wydaniu dostaliśmy jedynie finał, i jej zróżnicowane odsłony dookreślające decyzję (czy raczej brak decyzji) Jeana Paula nad rozpalonym kotłem. Nie skleja się ta prowadząca do kulminacji opowieść najlepiej również w pełnej wersji, szwy prowadzone przed laty zbyt szybko ewidentnie się w wydaniu zbiorczym rozłażą (samo wydanie jednak trzyma mocno, nic nie pęka w lekturze!). Jednak i tak pozostaje dzięki przeczytaniu wszystkich zeszytów wrażenie obcowania z pełniejszą i ciekawszą postacią niż znany u nas przede wszystkim Batman Granta. Historie o Komorniku czy Rosemary należą bez wątpienia do najlepszych w tym tomie i ich jakość każe pochwalić artystyczne wybory redaktorów Tm-Semic, ale w efekcie zagubiony został duch "Krucjaty", serii ciekawej przez napięcia również w obrębie stylistyki - od Batmana kampowego, przez próby odnalezienia się w konwencji ustanowionej przez poprzednika (poprzedników), po romantyczną i nieco pompatyczną wzniosłość mrocznego "Gacka dla elity". (I ciekaw jestem, w jakim stopniu ta decyzja właśnie, a nie sam fakt kilkuletniej ciągłej fabuły, przełożyły się na spadek zainteresowania tytułem wśród czytelników superbohaterszczyzny przed laty).
Niniejszym zachęcam, odpowiadając na wyrażone przez Nicka jakiś czas temu wątpliwości, by po "Knightquest" po latach sięgnąć. Omnibusowa cegiełka cieszy w swej masie (choć - jeszcze jedna uwaga dla "półkowników" - grzbietem do pierwszego tomu przykleja się średnio, bo przypadające na grzbiet fragmenty obwoluty nie budują spójnej galerii łotrów z grzbietem poprzednim). Ja już nie mogę się doczekać maja i kolejnej (ale i pierwszej pewnie znowu też pod pewnym względem) lektury "Knightsend".
« Ostatnia zmiana: Grudzień 11, 2017, 01:44:11 pm wysłana przez winckler »
„Wszelkie zbieranie jest konserwatywne".

„I absolutnie nie piszę tego złośliwie, tylko tak to obiektywnie wygląda z mojego puntu widzenia".